1981/1982: informacje prasowe
|
1981/1982 |
IX 1981: "Polonia dwa lata po Zjeździe. Nic nie ubyło"
"'Piłka nożna - awans do II ligi, koszykarki i koszykarze - miejsce w gronie pierwszoligowców, bokserzy — awans do I ligi, po wzmocnieniu składu kilkoma zawodnikami'. Z pamięci cytuję zadania jakie przed sztandarowymi sekcjami warszawskiej „Polonii" postawił przed ponad 2 laty nadzwyczajny walny zjazd członków klubu. Dziś można zapytać, co z tych zadań zostało zrealizowane, czy zjazd, który miał powstrzymać upadanie zasłużonego dla Warszawy klubu spełnił zadanie? Piłkarze do II ligi awansować nie zdołali, koszykarze do ekstraklasy weszli, by zaraz potem z niej wypaść, bokserzy bliżsi są III niż I lidze, sekcja lekkoatletyczna tuła się w rozsypce po mieście, nie mając własnego obiektu. Statystycznie — tylko koszykarki osiągnęły zamierzony cel, grają w I-ligowym towarzystwie. Na dodatek zmienił się w klubie prezes: Jerzy Machaj zastąpił Czesława Dziumowicza, delegowanego służbowo za granicę. No i wreszcie ciężka sytuacja ekonomiczna kraju nie odjęła kłopotów finansowych „Polonii". Nie sposób już nawet mówić o przysłowiowych trudnościach w wiązaniu końca z końcem. Po prostu nie widać tego drugiego końca, nikt nie wie, ile pieniędzy będzie miał w tym roku klub.
Jerzy Machaj: — Utrzymanie obiektów przy ul. Konwiktorskiej kosztuje nas 7 milionów złotych rocznie i płaci za to kolej, czyli nasz patron. Środki na działalność pochodziły zawsze z funduszu socjalnego zakładu patronackiego. Nad tym funduszem opiekę i kontrolę sprawują teraz dwa związki zawodowe — NSZZ „Solidarność" i związek branżowy. Branżowcy w CDOKP Warszawa, liczącej ok. 40 tysięcy pracowników niewielkie mają wpływy ze składki członkowskiej; „Solidarność" nie jest — dotychczas przynajmniej zainteresowana sportem wyczynowym. „Polonia" to od dawna nie tylko wyczynowe ambicje. Prób rozwoju rekreacji dla załóg pracowniczych oferowanej przez klub nie odkryto tu dziś ani wczoraj. Inna sprawa, że realizacja zamierzeń napotyka na trudności. Nie tylko finansowe. Wolne soboty i niedziele pracownicy warszawskiej kolei mogą spędzać na obiektach „Polonii", mają zagwarantowane na nich miejsce, sprzęt i instruktorów. Tyle, że ludzie rzadko chcą. (...)
W „Polonii" nie ma dziś nawet jednego „lewego" etatu, nie ma też tzw. lewej kasy. Tak przynajmniej twierdzą Jerzy Machaj i Witold Pietrusiewicz, ten drugi — kierownik administracji obiektów sportowych. Czy można im wierzyć? Przecież do niedawna różne zarządy ‘klubów przekonywały wszystkich, że nic „lewego" u nich nie ma, a jednak... Ale Machaj i Pietrusiewicz mają argument, z kategorii tych nie do zbicia: już nie chodzi tylko o kontrolę związkową, chodzi o to, że lewa kasa może być tam, gdzie jest silna sekcja piłkarska. W Polonii piłka jest słaba...
Musieliśmy dojść do piłki, wszelkie rozmowy o sporcie osiągają ten punkt. Przed rozpoczęciem kolejnych rozgrywek o mistrzostwo kraju sprawozdawcy zwykłą koleją rzeczy, wskrzesili tradycję, przypominając, że w 1946 roku „Polonia" Warszawa była mistrzem Polski. Co z tej tradycji zostało? Prawie nic. Paru działaczy pamiętających świetne czasy i drużyna, przed którą znów postawiono zadanie awansu do ligi. Przed bodaj czterema laty II mistrzostwo kraju wywalczyli juniorzy „Polonii", czym zapowiedzieli lepszą przyszłość piłki w tym klubie. Zapowiedź się nie spełniła. Większość z tych chłopców przeszła potem do „Polamu”, a gdy „Polam" się rozpadł, przestała w ogóle grać. Z nielicznymi wyjątkami, do których należy Dariusz Dziekanowski — obecnie pracujący na sławę „Gwardii".
Mimo rozlicznych kłopotów, mimo niepewności finansowego jutra, nie samymi trudnościami żyje się na Konwiktorskiej. Podczas wizyty w klubie pokazano mi np. zgodę GKKFiS na wykonanie przez zielonogórski „Polsport" tartanowej nawierzchni na stadionie „Polonii”. O tym tartanie mówiło się już od paru lat, teraz nawierzchnia ma być faktem, więc będzie można zabrać się a do odbudowy sekcji lekkoatletycznej, zaoszczędzić fundusze wydawane dotychczas na wynajmowanie obiektów.
Sportowcem nr 1 w „Polonii" jest Waldemar Marszałek, dwukrotny mistrz świata w sporcie motorowodnym, od blisko 20 lat związany z warszawskim klubem. Przejął buławę po Irenie Szewińskiej, która zakończyła karierę sportową. Obok Marszałka, za wizytówkę klubu uchodzą szachista Adam Kuligowski, płotkarka Zofia Bielczyk, chodziarz Stanisław Rola i koszykarka Aleksandra Kornacka. Wymieniona piątka legitymuje się klasą mistrzowską międzynarodową. Ponadto ma „Polonia" 34 zawodników uprawnionych do otrzymywania stypendium, w roku 1981 jej reprezentanci około 30 razy stawali na najwyższym podium mistrzostw kraju.
Uważa się w klubie, że nadzwyczajny zjazd sprzed dwóch lat częściowo spełnił oczekiwania, choć niektóre z zamierzeń okazały się nierealne. Najważniejsze, że „Polonia" ma wciąż z kim pracować, opiekując się młodzieżą z 15 warszawskich szkół i że — dzięki inicjatywie powołania Studium Działaczy Sportowych — może liczyć na zastępy ludzi jej wiernych. Czy to wystarczy za optymizm? Oczywiście — nie — i o optymizmie nikt na serio w klubie nie mówi. Marzy się o stabilizacji, jej potrzebę podkreśla. Zresztą za najważniejsze dokonanie klubu w dwóch minionych latach uważa się zachowanie stanu posiadania. Podczas gdy nawet silniejsze kluby likwidowały niektóre sekcje, na Konwiktorskiej zachowano sportowy potencjał nieuszczuplony. Jest z konieczności skromniej, ale nic nie ubyło."
MAREK SERAFIN
("Trybuna Ludu" nr 205 z 2.09.1981 s. 8)
IX 1981: "Czy rzeczywiście inaczej się nie da? 'Bo tak robią wszyscy'"
"Jest może skromniej, ale nic nie ubyło...” — pisałem przed kilkunastoma dniami w tekście poświęconym warszawskiej „Polonii“. Znalazło się tam również stwierdzenie oparte no wypowiedzi prezesa klubu Jerzego Machaja i jednego z działaczy, że w klubie nie ma tzw. lewej kasy i lewych etatów. Życie szybko zweryfikowało tę prawdę.
Do redakcji przyszła grupa osób, pracowników PKP zatrudnionych na stadionie „Polonii” przy ul. Konwiktorskiej. Przynieśli pismo, w którym informuje się o tworzeniu w „Polonii” fikcji. Ma ona polegać na „zorganizowaniu” przy stadionie 34 etatów dla sportowców, wobec czego nakazano kilkunastu konserwatorom, mechanikom i sprzątaczkom zmianę miejsca pracy. Mają się przenieść na inne stanowiska w tej samej firmie, czyli nadal pozostaje ten sam pracodawca. Niby nic, a jednak...
Jeden głos: Z „Polonią” jestem związany od 31 lat. Byłem w tym klubie zawodnikiem, do dziś — konserwatorem kodów i instruktorem zatrudnionym na pół etatu w sekcji tenisowej. Teraz mam konserwować torowiska.
Drugi głos: - Też pracowałem przy konserwacji kodów, choć z wykształcenia jestem technikiem poligrafem, a ponadto studiuję. Gdy - zgodnie poleceniem kierownictwa zakładu - udałem się do zawiadowcy w nowym miejscu pracy, ten powiedział, że nie ma dla mnie roboty.
Na Konwiktorskiej miejsca dla nas nie ma także, bo nasze obowiązki mają przejąć II-ligowi koszykarze i III-ligowi piłkarze. Jak wiadomo, nie przysługują im stypendia sportowe.
Istotnie stypendia sportowe nie obejmują piłkarzy w III lidze i drugich lig w pozostałych grach zespołowych. By uniknąć lewych etatów, postanowiono w „Polonii" załatwić legalne stanowiska pracy. Np, koszykarz-magister inżynier otrzymał etat... sprzątaczki. Oczywiście, zamiatanie stadionu wstydem nie jest, tylko nasuwa się w tym miejscu pytanie, czy koszykarza nie stać na pracę we własnym zawodzie? Choćby na pół etatu, czy na zasadzie zleceń? Czy trzeba było takich wydatków na studia, by potem grać w kosza i zamiatać stadion?
Ludzie, którym pracodawca telefonogramem polecił zmienić miejsce pracy przenosić się nie chcieli. Wtedy okazało się nagle, że pracowali źle, że właściwie już dawno powinni być nie przeniesieni, a wyrzuceni. Czy są na tę złą pracę dokumenty, ślady choćby w aktach personalnych - ostrzeżenia, nagany? Nie ma. Dlaczego? Są natomiast podpisy trenerów koszykówki i piłki nożnej na listach płac dokumentujące, że pobierali jedną pensję w klubie, drugą „na kolei”. Uposażenie wynosiło w ten sposób około 15 tysięcy.
W rozmowach dowiedziałem się jeszcze o innych zarzutach, których nie kolportuję, niech je najpierw sprawdzą odnośne władze kontrolne, zostały bowiem zawiadomione o sprawie pismem z kilkunastoma podpisami. Półtoragodzinna rozmowa z Jerzym Machajem — prezesem klubu, z trenerem koszykówki Witoldem Zawadzkim i trenerem piłkarzy Rudolfem Kaperą powinna dziennikarza przekonać niezbicie, że wszystko jest gruncie rzeczy w najlepszym porządku. Wszyscy twierdzili, że piłkarze i koszykarze muszą na Konwiktorskiej zamiatać, bo inaczej klub się rozleci. Trenerzy biorą wprawdzie pieniądze z dwóch etatów, ale... tak jest w całej Polsce i we wszystkich niemal klubach, żaden zaś szanujący się szkoleniowiec za 9 tysięcy pracował nie będzie. Rudolf Kapera istotnie pobrał - jak zarzucają - pensję za zawodnika grającego wówczas w Widzewie, lecz przekazał ją innemu piłkarzowi, który nie miał jeszcze w „Polonii” etatu. Ma na to świadków. Dowiedziono mi także, że gdy porządek na obiekcie przy Konwiktorskiej utrzymywali ludzie dotychczas tam zatrudnieni - to było brudno, jak się za to wzięli koszykarze z piłkarzami - z każdego kąta lśni czystością. Asystenci trenera musieli odejść ponieważ próbowali za niego ustalać składy na mecze, a ponadto jeden był nieuczciwy. Ci, którzy dziś szkalują zarząd „Polonii" - to po pierwsze - jeden taki, „o którym krążą historie, od których mózg staje”, drugi jest pieniaczem, a reszta dala się podpuścić. A że informacje okazują się prawdziwe - o tym ani słowa. A właściwie, że: tak przecież robią wszyscy i inaczej się po prostu nie da.
Szczegółami niech się zajmują władze sportowe kontrolne oraz patroni klubu. Są - jak powiedziałem powiadomione, że w klubie coś nie gra. Niżej podpisany proponuje jednak zająć się problemami także w większym, ogólnopolskim wymiarze, bo „jeśli tak robią wszyscy...”. Skoro ukształtowano system pomocy stypendialnej, który nie obejmuje sportowców II ligi poza piłkarską i zgodnie przymyka się oczy na odstępstwa, to znaczy, iż albo system trzeba ulepszyć, albo wyciągnąć wnioski z faktów lekceważenia przepisu. Jeśli są jakieś normy finansowo-trenerskie, to albo należy je zmienić (jeśli nie zdały próby życia), albo respektować. Jeśli się mówi, że koniec z „lewymi” etatami, to wprawdzie trudno od razu się z tym przyzwyczajeniem uporać, lecz nie wolno przecież świadomie przepisu lekceważyć. I tak dalej i tak dalej. (...)"
MAREK SERAFIN
("Trybuna Ludu" nr 213 z 11.09.1981 s. 8)