Dariusz Dźwigała
|
Dariusz Dźwigała |
|---|
|
Opinie
"Najbardziej widowiskowy jest Darek Dźwigała, który wychował się na Grochówie, zaczynał w Drukarzu z Parku Skarszewskiego, ale zwiedził większość ważnych klubów całej Warszawy. Znakomity drybler, wykonawca rzutów wolnych i karnych, kapitan drużyny nieco z konieczności - wobec kontuzji Karasia. Gra też w Lidze Szóstek w zespole Vulcan i w halowej reprezentacji Polski Janusza Kupcewicza. „Dźwigał” potrafi swoimi zagraniami wprowadzić kibiców w ekstazę lub wywołać jej maksymalne zdenerwowanie, kiedy po minięciu czterech graczy w polu karnym - jak w Świdniku - strzeli w aut. Zimą, w Tajlandii wybrano go najlepszym piłkarzem międzynarodowego turnieju."
(Stefan Szczepłek, Od "Dino" do "Łaty". "Czarne koszule" Anno Domini 1992/93, "Życie Warszawy" nr 138 z 16.06.1993 - dodatek sportowy, s. 1)
D. Dźwigała o swojej karierze piłkarskiej (do 1993 r.)
"(...) Od dawna chodziłem na mecze Legii i Polonii. Byłem kibicem obydwu klubów. Lubiłem patrzeć na dobry futbol. Kiedy miałem dziesięć lat, z drużyną "Argentyna" wygrałem turniej dzikich drużyn "O Złotą Piłkę". Na błoniach Stadionu Dziesięciolecia zobaczył mnie trener Drukarza Henryk Ochmański. W moim pierwszym klubie czułem się jak w domu. Trenera traktowałem prawie jak kogoś z rodziny. Razem kosiliśmy trawę na boisku i wykonywaliśmy inne prace dla klubu.
Mając 16 lat przeszedłem do Polonii. Trenerem był wtedy Jan Pieszko. Pierwszą bramkę dla Polonii zdobyłem w meczu z Wisłą Płock. Po pół roku byłem już podstawowym zawodnikiem. W 1986 roku interesował się mną Widzew Łódź, ale Polonia zażądała zbyt dużo pieniędzy. Zbliżał się czas służby wojskowej. Polonia mogła mi załatwić tylko odroczenie. Mój kolega Krzysztof Syta korzystał z odroczeń, aż zabrano go do wojska do Czerwonego Boru. Postanowiłem zrobić wszystko, żeby nie spotkało mnie to samo. Przeszedłem do Ursusa, a stamtąd do Gwardii, by tam odbyć służbę wojskową. Działacze Polonii nie chcieli się zgodzić na moje odejście. Zostałem zdyskwalifikowany na rok.
Gwardia uratowała mnie, kiedy miałem już powołanie do wojska. Po odbyciu służby wróciłem do Ursusa. Dwa miesiące później skończył się sezon. Nie wiedziałem co zrobić. W Ursusie nie czułem się dobrze. Przestałem grać. Minął rok, drugi.
W końcu żona mnie namówiła, żebym jeszcze raz spróbował. W czerwcu 1990 roku poszedłem do prezesa Polonii Jerzego Piekarzewskiego i zapytałem, czy mógłbym trenować w klubie. Zgodził się. Pojechałem na obóz i zostałem w zespole.
Po awansie do drugiej ligi ówczesny sponsor Polonii Michał Domański popadł w tarapaty finansowe. Przestaliśmy otrzymywać pensje. Trwało to pół roku. Pamiętam, że nawet w Wigilię przyszliśmy do klubu prosząc o pieniądze.
W końcu sprawa trafiła do sądu, toczy się do dziś. Kolejną rozprawę wyznaczono na 7 maja. Nic to oczywiście nie da. Mnie Domański jest winien 11 mln zł. Niektórym piłkarzom więcej. Teraz sytuacja się zmieniła. Nie zarabiamy wiele, ale otrzymujemy pensję regularnie. (...)"
(Kapitan z przypadku, "Gazeta Stołeczna" z 7.04.1993)